W poszukiwaniu utraconej kobiecości

O kobiecości pisałam i będę jeszcze z pewnością pisać wiele, bowiem ten temat mocno u mnie wybrzmiewa w kontekście rozwoju osobistego.

Naszym (kobiet) zadaniem jest uleczenie wewnętrznego rozszczepienia, które każe nam wypierać uczucia, intuicję oraz obrazy senne przekazujące nam prawdę o życiu.

Podróż bohaterki, M. Murdock

Na długi czas odrzuciłam swoją kobiecość, wyrzekłam się sensualności i cielesności. Podobnie jak wiele kobiet nie potrafiłam odnaleźć się w żadnym z dwóch naczelnych wzorców kobiety – „świętej” lub „dziwki”.  W postawie „świętej” jest według mnie za dużo uległości, słabości, poddaństwa, ale i swego rodzaju fałszu. W „dziwce” wyuzdanie, brak szacunku do siebie, prowokacja i ostrość.

Jako kobiety często miotamy się pragnąc być jednocześnie atrakcyjną, zabawną, towarzyską, ale przy tym mądrą, elokwentną, szanującą się i z zasadami. Odnalezienie swojej prawdziwej natury nie jest łatwe podczas gdy świat, w którym żyjemy przesiąknięty jest męskimi wzorcami myślenia i działania. Kobiecość uznawana jest za coś słabego, gorszego i niestabilnego.

Uciekałam w patriarchalne wzorce zachowania i myślenia, w męski świat. Chciałam być super kumpelą, choć byłam za wrażliwa i za delikatna na chłopczycę. Chciałam zyskać uznanie w oczach taty (który nie ma syna), a więc pomagałam mu w różnych zajęciach i podzielałam męskie zainteresowania. Chciałam zaimponować mężowi i kolegom w pracy pracując z nimi „łeb w łeb”. Ubierając sukienkę i szpilki czułam się przebrana. Starałam się zgrywać twardzielkę, odnosić sukcesy, ciężko pracować. Wcielałam się w rolę siłaczki, która pracuje na równi z mężczyznami, a potem robi zakupy, gotuje, zajmuje się bliźniakami, dużym domem i jeszcze większym ogrodem. Załamanie musiało przyjść prędzej, czy później. Po różnych kryzysach i ciężkich momentach powoli uczyłam się odpuszczać. Zdejmować z siebie obowiązki i presję, którą często sama sobie narzucałam. Uczyłam się dbania o siebie i brania odpowiedzialności za swoje samopoczucie.

Nadszedł jednak czas gdy doszłam do ściany, osiągnęłam tak zwany próg bólu i niezadowolenia. Zyskiwałam wtedy gotowość, by zmierzyć się z nieprzychylnymi reakcjami otoczenia na moje odważne płynięcie pod prąd, w nieznane. Opuszczałam bezpieczną przystań, wyruszałam na poszukiwanie siebie, goniąc swoje marzenia i zmierzając ku spełnieniu. Miałam odwagę, choć wiele mnie to kosztowało, bywały również chwile zwątpienia. Myślałam wtedy, że to może inni mają rację, a ja się mylę. Postanowiłam jednak wytrwać w swoich postanowieniach nie pozwalając na podcinanie moich skrzydeł. Wiedziałam, ze obrałam właściwy kierunek, bo tak naprawdę nie było innego. Postanowiłam odnaleźć „skórę duszy”, zwracając się do wewnątrz wyruszyłam w podróż do samej siebie. Jednocześnie podjęłam też pracę z terapeutką, która okazała się nieocenioną pomocą. Zwróciłam się ku wartościom i ideom, które dawniej wyznawałam. Poświęcałam czas i energię na powrót do dawnych pasji i rozwój nowych. Tak bardzo byłam wygłodniała artystycznie, twórczo, kreatywnie, duchowo. Zdobywałam nowe umiejętności, ale nie po to, aby osiągną sukces sam w sobie, aby komuś zaimponować, po prostu takie były potrzeby mojej duszy. Czułam chęć wyrażania siebie, poszukiwania, tęsknotę, i nadzieję. Samorealizacja przynosiła ulgę, a przy tym dużo radości. Odczuwałam także sporo lęku, uczyłam się jak go rozpuszczać, jak działać pomimo niego.

A teraz cieszę się z miejsca, w którym jestem. Cieszę się z tego jaka jestem i jaką siebie tworzę każdego dnia, w każdej chwili. Czuję wdzięczność i dumę z siebie, że odważyłam się podjąć tę wędrówkę w głąb siebie. Momentami było ciężko, pojawiał się ból, łzy, a nawet rozpacz. Podczas rozprawiania się z przeszłością nieraz czułam zagubienie i zwątpienie.

Rozsypałam się na kawałki i zaczęłam składać od nowa – to niezbędny proces. Wierzę, że najtrudniejszą część pracy mam za sobą. 

Rzeczywisty proces leczenia zachodzi wewnątrz samej kobiety, kiedy zaczyna się ona opiekować swoim ciałem i duszą oraz ponownie przejmować na własność uczucia, intuicję, płciowość, kreatywność i humor.

„Podróż bohaterki”, M. Murdock

Odzyskuję swoją utraconą kobiecość. Akceptuję siebie, swoją wysoką wrażliwość, uczuciowość, cykliczność, zmienność i cielesność. Mówię własnym głosem, wsłuchuję się w intuicję i swoje potrzeby, pracuję z emocjami, podążam za pragnieniami. Odnajduję swój styl we wszystkim nawet w ubiorze. Nie wstydzę się już swojej kobiecości, a w tym cielesności. Odkrywam, że w byciu kobietą tkwi niezwykła moc i dar, tajemnica, odwaga i niesamowita sprawczość.

 Pozwalam sobie być kobietą w pełni, a gdy akceptuję w sobie wszystko, nawet to, co inni nazywają słabością, sprawiam, że staje się to moją siłą.

Uczę się integrować w sobie ciało i ducha, bo one są nieodłączne. Tylko wtedy można osiągnąć pełnię. 

Odkrywam i uznaję, że moją naturą jest łagodność, subtelność, umiar, równowaga, a jednocześnie cudowna moc. Jestem pastelowa.

2 thoughts on “W poszukiwaniu utraconej kobiecości

  • Reply Dziewanna Sierpień 14, 2020 at 8:06 am

    Dawno nie czytałam tak trafionego artykułu 🙂 Dziękuję Ci za to! Mam wrażenie , że jestem w połowie drogi, którą opisujesz. Z jednej strony wiem, jaką chce się widzieć, w którą stronę zmienić, jak złagodnieć, nie być supermanką, nie dorównywać facetom we wszystkim a z drugiej strony czuję, jak ciężko to zrealizować… a najlepsze jest to, że nikt mi nie narzuca ograniczeń, które wstrzymywałyby mnie przed tą przemianą , tylko ja sama… strasznie mnie to uwiera. Chcę kontynuować pewne rzeczy, których naprawdę pragnę (np. regularna joga) a po kilku dniach wracam do punktu wyjścia bo brak chęci, determinacji… O co chodzi?

    P.S. Masz niesamowitą lekkość w pisaniu, przyjemnie się czyta Twoje artykuły. Cieszę się, że udaje mi się czasami rozpoznać cytaty, ktorych używasz (rozwojem osobistym zaczęłam interesować się już jakiś rok temu ale opornie mi idzie z pójściem naprzód).

    • Reply justamoments.pl Sierpień 24, 2020 at 8:07 am

      Cześć. Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz i za komplement związany z lekkością pisania. Rok to tak naprawdę niewiele czasu. Mój rozwój osobisty trwa dwa lata. Takie świadome i intensywne lata. I nadal czuję, że jestem na początku drogi. To jest jak sinusoida. Raz jesteś na górce i cieszysz się , że coś udało ci się osiągnąc np. poszerzyć strefę komfortu, czy pokonać jeden z lęków, a za chwilę wpadasz w dołek, w którym ego i ambicja dociskają do ziemi. Nie przejmuj się tym. Ta praca wewnętrzna trwać będzie zapewne do końca naszego życia. Ja też borykam się z bezsilnością, poczuciem bezsensu swoich działań. Nie bądź dla siebie taka surowa i krytyczna. Kazdy, nawet drobny krok ku własnej przemianie i rozwojowi to tak naprawdę krok milowy. Trzymam kciuki i życzę powodzenia. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *